DSS#27

Zanim wejdziesz w artykuł, warto odsłuchać całą rozmowę. W tym odcinku jest dużo konkretów o sukcesji, zarządzaniu sobą i energii przedsiębiorcy, które łatwo stracić bez kontekstu.

Posłuchaj odcinka DSS#27 na YouTube →

Artykuły na blogu „Drugiej Strony Sukcesu” powstają z tematów, które naprawdę wybrzmiały w podcaście. I właśnie dlatego ten tekst nie będzie o „dbaniu o work-life balance” w wersji z folderu HR. Będzie o energii przedsiębiorcy w praktyce: o przeciążeniu, które wchodzi cicho, o odpowiedzialności, która lubi się rozlać na całe życie, i o tym, co dzieje się, gdy człowiek próbuje prowadzić firmę na samych obrotach.

W rozmowie z Mileną Jastrzębską widać to bardzo wyraźnie. Z jednej strony jest ogromna sprawczość, szybkie działanie, gotowość do brania odpowiedzialności. Z drugiej — lata pracy w trybie „jeszcze dam radę”, które kończyły się regularnymi zjazdami energii. I właśnie z tego napięcia da się wyciągnąć praktyczne wnioski dla każdego przedsiębiorcy, który ma poczucie, że działa dobrze, ale płaci za to zbyt wysoką cenę.

Energia przedsiębiorcy nie jest zasobem nieskończonym, choć często tak się zachowujemy

Jedna z najmocniejszych rzeczy, które padają w rozmowie, to bardzo uczciwe przyznanie: można mieć dużo energii i jednocześnie wpadać w cykliczne przeciążenie. Milena opisuje, że przez długi czas działała na bardzo wysokim poziomie, po czym przychodziły nagłe spadki — takie, w których rano nie była w stanie wstać i odwoływała cały dzień. Nie jako wyjątek. Jako rytm.

To ważny sygnał dla wielu przedsiębiorców, bo biznes często nagradza właśnie taki styl: szybciej, mocniej, więcej, bez zatrzymania. Problem w tym, że ciało i głowa nie są od tego odporne. Jeśli co kilka tygodni wpadasz w tryb „nie dam rady”, to nie jest kwestia słabszej motywacji. To zwykle znak, że plan pracy jest źle ułożony względem twojej realnej energii.

W praktyce warto zadać sobie proste pytanie: czy ja zarządzam zadaniami, czy tylko reaguję na wszystko, co pojawia się po drodze? Bo energia ucieka nie tylko na wielkie projekty. Często wyciek robi się z setek drobnych decyzji, których nikt nie podzielił, nie opisał i nie oddał. Właśnie dlatego przedsiębiorca może czuć się „ciągle zajęty”, a jednocześnie wewnętrznie pusty.

Jeśli miałbyś wyciągnąć z tego jedną rzecz, to tę: energia to nie nagroda za pracowitość. To zasób, który trzeba chronić jak kapitał firmy. I nie chodzi o lenistwo, tylko o to, żeby nie spalać się na własnym ambicjonalnym samozaparciu.

Największe przeciążenie zaczyna się tam, gdzie bierzesz odpowiedzialność za wszystko

Milena mówi wprost, że ma bardzo dużo energii, więc naturalnie przyzwyczaiła się do tego, że ją daje. Wchodzi w nowe obszary, bierze na siebie dużo, szybko się uczy i działa. To brzmi jak zaleta — i nią jest. Ale tylko do momentu, w którym nie zaczyna zastępować całego systemu.

W rozmowie pada zdanie, które warto sobie zapisać: firmę da się poprowadzić tak daleko, jak są gotowi ludzie w zespole, a nie tam, gdzie już jest lider. To nie jest miękka deklaracja. To konkretna zmiana myślenia. Jeśli ty zawsze jesteś dwa kroki do przodu, a reszta zespołu ledwo nadąża, to nie zarządzasz firmą. Ty ciągniesz ją własnym tempem i własnym kosztem.

W takim układzie przedsiębiorca bardzo często robi trzy rzeczy naraz:

  • trzyma decyzje u siebie, bo „nikt inny nie zrobi tego wystarczająco dobrze”,
  • wchodzi w kolejne role, bo są niezaopiekowane,
  • dokłada do tego presję, żeby wszystko działało natychmiast.

Efekt? Krótkoterminowo firma jedzie do przodu. Długoterminowo lider zaczyna płacić energią, snem, cierpliwością i spokojem. A potem pojawia się klasyczne pytanie: „co jest ze mną nie tak?”. Bardzo często nic. Problem leży w konstrukcji odpowiedzialności.

Tu przydaje się bezlitosna uczciwość: jeśli nie umiesz zejść z części ról, to nie dlatego, że jesteś niezastąpiony. Tylko dlatego, że system firmy nadal liczy na twoją nadprodukcję.

W rodzinnej firmie energia wycieka nie tylko z pracy, ale też z relacji

To, co najbardziej wyróżnia rozmowę z Mileną, to pokazanie przedsiębiorczości w układzie rodzinnym. Tu nie ma jednego „pola gry”. Są role córki, siostry, żony, właścicielki i liderki. Każda z nich coś daje, ale każda też coś zabiera. I właśnie dlatego prowadzenie firmy rodzinnej wymaga zupełnie innej higieny energetycznej niż praca w zwykłej strukturze.

Milena mówi bardzo otwarcie, że nie ma sensu udawać równowagi, jeśli jej nie ma. Jest balans, czyli ruch, a nie statyczny stan idealny. To spostrzeżenie jest ważne, bo wielu przedsiębiorców próbuje dojść do punktu, w którym praca i życie będą ułożone „na zawsze”. Tyle że w firmie rodzinnej to tak nie działa. Relacje same w sobie są zmienne, a gdy do tego dochodzi biznes, napięcia rosną szybciej.

Z rozmowy wyłania się jeszcze jedna rzecz: energia ucieka tam, gdzie jest niedomówienie. Jeśli w domu rozmawiacie o firmie, ale nie ma jasnych granic, to temat pracy wchodzi wszędzie. Jeśli w firmie nie ma zasad, to rodzinne emocje zaczynają kierować decyzjami. I odwrotnie. W takich warunkach człowiek nie tyle pracuje, co stale utrzymuje napięcie kontrolne.

Praktyczny wniosek jest prosty: w firmie rodzinnej nie wystarczy mieć kompetencje. Trzeba jeszcze umieć rozdzielić tematy, role i momenty rozmowy. Bo inaczej firma staje się miejscem, w którym nigdy nie odpoczywasz naprawdę.

Największy błąd przedsiębiorcy: działać w rytmie własnej głowy, a nie w rytmie zespołu

Milena bardzo mocno podkreśla, że nauczyła się nie prowadzić ludzi tam, gdzie sama już jest, tylko tam, gdzie oni są gotowi dojść. To brzmi banalnie, ale w praktyce jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w zarządzaniu. Przedsiębiorca zwykle widzi rozwiązanie szybciej niż inni. Problem polega na tym, że szybkość lidera potrafi zabić proces dojrzewania zespołu.

W rozmowie pada świetny obraz: jej naturalny styl to szybkie uczenie się, aktywowanie i dowożenie. To działało w wielu sytuacjach, ale w turkusowym modelu firmy — opartym na odpowiedzialności, samoorganizacji i większej dojrzałości relacyjnej — nie da się po prostu wszystko przyspieszać. Czasem trzeba poczekać. Czasem sprawdzić grunt. Czasem pozwolić ludziom dojść do decyzji własnym tempem.

To trudne dla przedsiębiorcy, który ma w sobie dużo energii, bo wtedy pojawia się wewnętrzny opór: „przecież ja już to widzę, czemu inni jeszcze nie?”. Odpowiedź jest niewygodna, ale uczciwa: widzenie to nie to samo co gotowość zespołu do działania. Lider, który nie szanuje tego dystansu, zaczyna tworzyć przeciążenie — nie tylko u siebie, ale też w ludziach.

Jeśli chcesz lepiej zarządzać swoją energią, sprawdź, czy nie żyjesz według takiego schematu:

  • masz pomysł,
  • od razu chcesz go wdrożyć,
  • zderzasz się z oporem,
  • dokładasz presję,
  • i w efekcie tracisz energię dwa razy szybciej.

To nie jest zły charakter. To po prostu styl działania, który wymaga korekty.

DSS#27

W połowie rozmowy mocno wybrzmiewa temat pracy z rodziną, ról i przeciążeń, które nie wynikają tylko z obowiązków, ale też z relacji. Jeśli chcesz usłyszeć, jak Milena opisuje to od środka, warto wrócić do odcinka.

Posłuchaj odcinka DSS#27 na YouTube →

Energia wraca tam, gdzie oddajesz odpowiedzialność i porządkujesz role

Jednym z najbardziej praktycznych wątków odcinka jest praca na rolach. W firmie Mileny nie chodzi już o klasyczny zarząd czy sztywne stanowiska, tylko o mapę ról, które mogą się zmieniać zależnie od potrzeb. To ważne, bo sama zmiana struktury może być lekarstwem na przeciążenie lidera.

Jeżeli masz wrażenie, że wszystko jest „twoje”, to bardzo możliwe, że w firmie nie ma jasnego rozpisania odpowiedzialności. A bez tego energia przedsiębiorcy rozprasza się na ciągłe pilnowanie, sprawdzanie i poprawianie. Milena pokazuje, że kiedy bieżące rzeczy przestają wisieć na jednej osobie, można naprawdę oddychać. Nawet jeśli nadal ma się sporo odpowiedzialności jako właściciel.

Warto zauważyć różnicę: nie chodzi o to, żeby się całkiem wycofać. Chodzi o to, żeby nie być zapchajdziurą dla każdego niewypełnionego miejsca. Jeśli rolę da się oddać, to trzeba ją oddać. Jeśli decyzja może zapaść niżej, nie trzeba jej brać do siebie. To nie osłabia lidera. To chroni jego energię przed bezsensownym rozlewaniem się po firmie.

W praktyce pomaga zadać sobie trzy pytania:

  • co ja robię, bo naprawdę tylko ja muszę,
  • co robię, bo nikt jeszcze nie dostał tego formalnie,
  • co robię, bo boję się, że bez mojego udziału coś się rozjedzie.

To ostatnie pytanie bywa najważniejsze. Bo bardzo często problemem nie jest brak ludzi, tylko brak zaufania do systemu, który sam stworzyłeś.

Nie da się chronić energii przedsiębiorcy, jeśli codziennie przegrywasz z własnym ego

Rozmowa z Mileną mocno pokazuje też jeszcze jedną rzecz: przeciążenie energetyczne ma często korzenie mentalne. Nie chodzi tylko o liczbę godzin pracy, ale o wewnętrzny przymus, żeby wszystko wiedzieć, rozumieć, udowadniać i kontrolować. Właśnie dlatego pada tam ważny wątek ego — i tego, że w biznesie trzeba umieć je przyciszyć.

Milena mówi, że uczucie „już wszystko rozumiem” jest złudne, bo za chwilę zderza się z rzeczywistością zespołu, który jest w innym miejscu. To dobra lekcja dla każdego przedsiębiorcy: im większa pewność siebie bez pokory, tym większe ryzyko, że zaczniesz zużywać energię na walkę zamiast na prowadzenie firmy. Ego lubi szybką satysfakcję. Energetycznie kosztuje to bardzo drogo.

Z drugiej strony Milena nie udaje osoby, która ma wszystko poukładane. Mówi wprost, że nadal ma za dużo odpowiedzialności w sobie, że stale się tego uczy, że jeszcze nie znalazła idealnego rozwiązania. I to jest może najuczciwsza część całej rozmowy. Zarządzanie energią nie polega na tym, że raz wszystko naprawisz. Tylko na tym, że coraz szybciej zauważasz, gdzie znów zaczynasz się przeciążać.

Jeśli miałbym sprowadzić to do jednego praktycznego wniosku, brzmiałby tak: nie pytaj tylko, jak dużo możesz jeszcze zrobić. Pytaj, ile z tego naprawdę powinieneś robić ty.

To pytanie jest szczególnie ważne dla przedsiębiorców z dużą energią, bo ich największą pułapką nie jest brak mocy. Jest nadmiar mocy źle rozdysponowanej.

Wnioski są prostsze, niż się wydaje — trudniejsze jest ich wdrożenie

Po tej rozmowie zostaje bardzo konkretna lekcja: energia przedsiębiorcy nie jest problemem samym w sobie. Problemem jest sposób, w jaki ją wydajesz. Jeśli wszystko bierzesz na siebie, pracujesz na granicy swojego rytmu i próbujesz rozciągnąć swoją gotowość na gotowość całego zespołu, prędzej czy później wróci zmęczenie, frustracja i zjazd.

Milena pokazuje, że da się prowadzić firmę inaczej: z większą uważnością, z większą pokorą wobec ludzi, z mocniejszym rozdzieleniem ról i z jasno nazwanym celem. Ale nie ma w tym magii. Jest dużo pracy, bardzo dużo samoświadomości i gotowość do tego, żeby czasem zwolnić nawet wtedy, gdy głowa już chce przyspieszać.

Najbardziej praktyczne rzeczy, które można wziąć z tej rozmowy, to:

  • sprawdzaj, czy twoje cykle spadków energii nie są efektem złej organizacji pracy,
  • oddawaj role, które nie muszą być twoje,
  • nie prowadź zespołu szybciej niż jest gotowy,
  • oddzielaj emocje rodzinne od decyzji biznesowych,
  • traktuj energię jak zasób strategiczny, a nie dowód własnej siły.

I jeszcze jedno: jeśli czujesz, że masz dużo siły, to wcale nie znaczy, że możesz z niej korzystać bez ograniczeń. To tylko znaczy, że masz większą odpowiedzialność za to, jak ją wykorzystasz.

Właśnie dlatego ten odcinek warto przesłuchać do końca. Nie tylko dla historii sukcesji, ale dla bardzo żywego spojrzenia na to, jak wygląda prowadzenie firmy, kiedy trzeba jednocześnie rozwijać biznes, rodzinę i siebie.

Jeśli chcesz usłyszeć więcej o tym, jak Milena porządkowała odpowiedzialność, budowała turkusową strukturę i uczyła się nie przepalać własnej energii, wróć do pełnej rozmowy w DSS#27.

DSS#27

Na koniec warto zobaczyć cały odcinek, bo wiele najciekawszych wniosków pojawia się właśnie w rozwinięciach, dygresjach i przykładach z firmy rodzinnej Mileny. To dobry materiał, jeśli chcesz zarządzać energią przedsiębiorcy mądrzej, a nie tylko intensywniej.

Posłuchaj odcinka DSS#27 na YouTube →