DSS#27

Jeśli temat sukcesji w firmie rodzinnej jest Ci bliski, ten odcinek da Ci dużo więcej niż ogólne hasła. Milena Jastrzębska mówi konkretnie o tym, co działa, co boli i gdzie najczęściej zaczyna się konflikt.

Posłuchaj odcinka DSS#27 na YouTube →

Artykuły, które czytasz na blogu Drugiej Strony Sukcesu, powstają na bazie tematów poruszanych w podcaście. Nie są streszczeniem rozmowy. Są jej rozwinięciem: konkretnym, praktycznym i bez pudru.

A ten odcinek jest szczególnie ważny, bo pokazuje jedno: sukcesja firmy rodzinnej nie psuje relacji sama z siebie. Psuje je dopiero wtedy, gdy ktoś udaje, że wystarczy „przekazać biznes” i reszta jakoś się ułoży. Nie ułoży się. Potrzebne są role, granice, komunikacja i zgoda na to, że poprzednie pokolenie nie oddaje tylko firmy, ale też kawałek własnej tożsamości.

W rozmowie z Mileną Jastrzębską widać to bardzo wyraźnie. To nie jest historia o idealnym przejęciu biznesu. To historia o wchodzeniu w firmę z własnym doświadczeniem, z rodzeństwem, z mężem, z ojcem, z pamięcią rodzinnych napięć i z zupełnie nowym sposobem myślenia o zarządzaniu. I właśnie dlatego ta rozmowa jest tak cenna dla każdego, kto myśli o sukcesji albo już w niej jest.

Sukcesja firmy rodzinnej zaczyna się dużo wcześniej niż formalne przekazanie udziałów

Największy błąd w myśleniu o sukcesji jest prosty: traktujemy ją jak wydarzenie jednorazowe. Tymczasem w historii Mileny widać, że to był proces rozciągnięty na lata. Firma istniała od 1991 roku, brat wszedł do niej jeszcze jako nastolatek, tata prowadził ją operacyjnie, a ona sama dołączyła dopiero wtedy, gdy miała już własne doświadczenie biznesowe i wiedziała, po co w ogóle chce wejść do rodzinnej firmy.

To ważne, bo sukcesja bez własnej decyzji następcy zwykle kończy się przeciąganiem liny. Milena nie weszła do firmy dlatego, że ktoś ją „wziął pod skrzydło” i wyznaczył jej rolę. Weszła, bo wcześniej zamknęła pewien etap w swoim życiu zawodowym, sprzedała własny biznes i zobaczyła, że ma konkretne kompetencje, które mogą pomóc rodzinnej firmie. To zupełnie inny start niż wejście „bo wypada” albo „bo firma czeka”.

Jeśli jesteś nestorem, warto zadać sobie jedno pytanie: czy mój następca naprawdę chce tę firmę, czy tylko jeszcze nie powiedział głośno, że nie chce? A jeśli jesteś sukcesorem, sprawdź, czy wchodzisz z ciekawości i gotowości, czy z poczucia obowiązku. Bo później to właśnie z obowiązku rodzi się najwięcej cichych pretensji.

Największe tarcia w sukcesji firmy rodzinnej nie są biznesowe, tylko rodzinne

W rozmowie bardzo mocno wybrzmiewa temat ról. Milena mówi wprost, że wchodziła do firmy jednocześnie jako córka, żona i siostra. To nie są trzy neutralne etykiety. To trzy różne zestawy oczekiwań, emocji i historii. W firmie rodzinnej człowiek nie przychodzi do pracy „jako pracownik”. Przychodzi z całym swoim bagażem relacji.

I właśnie dlatego sukcesja tak często wywołuje napięcia. Brat, który przez lata był bliżej operacyjnej części biznesu, nagle ma współpracować z siostrą, która wchodzi z nową energią i nowym pomysłem na firmę. Ojciec, który budował biznes przez dziesięciolecia, ma oddać ster osobie młodszej. Matka i mąż wchodzą w inne obszary odpowiedzialności. Formalnie to podział zadań. W praktyce - test zaufania.

Milena nie ukrywa, że początki były trudne. Ona sama przyszła do firmy z dużą pewnością siebie, z gotowością do zmiany i z przekonaniem, że wie, co trzeba zrobić. Taka postawa w biznesie bywa skuteczna, ale w rodzinie szybko potrafi uruchomić obronę. Jeśli chcesz uniknąć konfliktu, musisz rozróżnić dwie rzeczy:

  • co jest problemem biznesowym,
  • a co jest zranieniem, ambicją albo starym rodzinnym napięciem.

Jeżeli tego nie rozdzielisz, każda decyzja będzie wyglądała jak atak. A wtedy nawet najlepszy plan sukcesji zrobi się polem minowym.

W sukcesji firmy rodzinnej nie wystarczy powiedzieć „od teraz prowadzicie to wy”

Jedną z ciekawszych rzeczy w tej rozmowie jest to, że przekazywanie wiedzy nie odbywało się według klasycznego scenariusza „nestor szkoli sukcesora”. Milena mówi raczej: przychodzę, pytam, biorę to, czego potrzebuję, obserwuję, sprawdzam, co działa. Brzmi prosto, ale za tym stoi ważna postawa: nie czekam, aż ktoś mi odda firmę, tylko uczę się funkcjonować w niej odpowiedzialnie.

To podejście ma jednak warunek: firma musi umieć przyjąć takiego sukcesora. W ich przypadku ojciec przez jakiś czas brał udział w spotkaniach, potem stopniowo się wycofywał, zostawiając swoje doświadczenie i perspektywę. To nie było brutalne odcięcie, tylko przekazanie „znicza olimpijskiego” - jak to nazwali. Czyli: teraz wy prowadzicie, ale ja nadal mogę być wsparciem, gdy naprawdę potrzebujecie spojrzenia z zewnątrz.

To bardzo dobra lekcja dla każdego przedsiębiorcy myślącego o sukcesji. Przekazanie firmy nie polega na tym, że nestor znika z dnia na dzień. Ale też nie polega na tym, że stoi nad następcą i komentuje każdą decyzję. Potrzebna jest równowaga między obecnością a wycofaniem. Jeśli chcesz zrobić to mądrze, ustal:

  • kto podejmuje decyzje operacyjne,
  • kiedy nestor ma prawo do konsultacji,
  • które tematy są już po stronie następcy,
  • i kiedy konsultacja staje się kontrolą.

W rozmowie pada ważna myśl: ojciec Mileny nie mówi „robicie świetnie, tak jak ja bym chciał”, tylko raczej: „to już wasz czas”. To jest dojrzałość, której w wielu rodzinnych firmach po prostu brakuje.

DSS#27

W odcinku Milena bardzo konkretnie opowiada o tym, jak wyglądało wejście do firmy, kiedy tata stopniowo oddawał stery, a brat wciąż był w środku operacji. To dobry moment, żeby zobaczyć, jak sukcesja wygląda naprawdę, a nie na slajdzie.

Posłuchaj odcinka DSS#27 na YouTube →

Jeśli chcesz uniknąć konfliktu, musisz umieć rozmawiać o rolach, a nie o ego

W tej rozmowie bardzo mocno widać, że sukcesja nie działa bez rozmowy o rolach. I nie chodzi o role na papierze, tylko o realne zakresy odpowiedzialności. W firmie Mileny zastosowano model turkusowy i mapowanie ról. To oznacza, że nie ma jednego wielkiego worka „kierownik”, „właściciel” albo „zarząd”, tylko dużo konkretnych zadań, które można nazwać, przesuwać i oddawać.

To jest praktyczne z dwóch powodów. Po pierwsze, pozwala zobaczyć, co naprawdę robi firma. Po drugie, obniża temperaturę sporu. Kiedy nie mówisz „to moje”, tylko „to jest rola, którą ktoś pełni w tym momencie”, łatwiej rozmawiać o zmianie bez poczucia, że ktoś komuś zabiera kawałek osobowości.

Milena przyznaje, że ma dziś ponad 50 ról w swojej firmie. To nie jest powód do dumy w sensie „patrzcie, ile ja robię”. To raczej sygnał ostrzegawczy: jeśli jedna osoba zbiera za dużo odpowiedzialności, firma może działać, ale organizm zaczyna się przeciążać. Sama mówi, że problem nie leży w zatrudnieniu kolejnych ludzi, tylko w jej własnym sposobie brania odpowiedzialności. To bardzo ważne, bo w sukcesji często myślimy: „trzeba zatrudnić kogoś do pomocy”. A czasem trzeba najpierw przestać wszystko przepuszczać przez siebie.

Jeśli masz rodzinny biznes, sprawdź, czy w waszej firmie każdy wie:

  • za co odpowiada,
  • co może samodzielnie zdecydować,
  • kiedy konsultuje się z innymi,
  • i co się stanie, jeśli ktoś nie przejmie swojej roli.

Bez tego sukcesja staje się emocjonalnym chaosiem przebranym za „wspólne zarządzanie”.

Sukcesja firmy rodzinnej działa lepiej, gdy starsze pokolenie nie hamuje zmiany

W rozmowie jest też bardzo ważny wątek o tym, co robi nestor, kiedy oddaje firmę. Najgorszy możliwy scenariusz to taki, w którym starsze pokolenie mówi: „macie prowadzić po swojemu”, ale jednocześnie ocenia każdą decyzję według własnych standardów i nie pozwala nowemu pokoleniu popełniać błędów. Wtedy nie ma sukcesji. Jest tylko dekoracyjne przekazanie odpowiedzialności.

Milena mocno podkreśla, że jej ojciec miał w sobie naturalną troskę o ludzi, nawet jeśli nie nazywał tego „nowoczesnym przywództwem”. Dla niej ta troska stała się fundamentem. A jednocześnie ona sama rozwija firmę po swojemu - w stronę większej życzliwości, większej otwartości i większej uważności na emocje zespołu. To nie jest negacja przeszłości. To jest jej rozwinięcie.

I to jest chyba najcenniejszy wniosek z całej rozmowy: sukcesja nie ma polegać na kopiowaniu poprzedniego pokolenia ani na demonstracyjnym robieniu wszystkiego odwrotnie. Chodzi o to, żeby wziąć z poprzedniego etapu to, co było wartościowe, i przenieść to na nowy poziom. Dokładnie tak, jak Milena mówi o firmie: baza już jest, teraz chodzi o to, żeby ją wzmocnić energią nowych ludzi i nowym sposobem pracy.

To podejście wymaga odwagi po obu stronach. Nestor musi umieć odpuścić kontrolę. Następca musi umieć nie budować tożsamości na buncie. Jeśli obie strony tego nie zrobią, konflikt jest niemal pewny.

Najmniej mówi się o tym, że sukcesja może zmienić także jakość życia całej rodziny

W tej rozmowie bardzo mocno wybrzmiewa jeszcze jedna rzecz: sukcesja to nie tylko biznes. To także jakość życia. Milena mówi, że największą satysfakcję daje jej moment, w którym ludzie w firmie zaczynają doświadczać zmiany w swoim życiu osobistym, czują sens i chcą pracować. To ważne, bo pokazuje, że sukcesja nie kończy się na Excelu i wynikach.

To samo dotyczy relacji rodzinnych. W ich rodzinie ważna była wolność i niezależność. Nie ma tam modelu „wszyscy muszą być razem non stop, wspólne wakacje, wspólne niedziele, wspólne wszystko”. Jest raczej dorosłość i możliwość bycia blisko na własnych zasadach. I właśnie dlatego sukcesja mogła się wydarzyć bez całkowitego rozmycia granic rodzinnych.

W praktyce to oznacza, że w rodzinnej firmie trzeba świadomie ustalić nie tylko kto co robi, ale też jak rodzina ma funkcjonować poza firmą. Czy rozmawia się o pracy przy obiedzie? Czy dzieci słyszą konflikty? Czy problemy biznesowe wracają do domu? Nie ma jednej odpowiedzi, ale brak odpowiedzi zawsze kończy się napięciem.

Jeśli chcesz przeprowadzić sukcesję mądrze, pytania, które warto zadać rodzinie, są bardzo proste:

  • co chcemy zachować z dotychczasowej firmy,
  • co chcemy zmienić,
  • jak rozmawiamy o trudnych rzeczach,
  • i gdzie kończy się rola rodziny, a zaczyna rola biznesowa.

To nie jest „miękki temat”. To jest fundament tego, czy sukcesja będzie spokojnym przejściem, czy wieloletnim przeciąganiem liny.

W połowie rozmowy Milena pokazuje też coś bardzo ważnego dla sukcesorów: można przejmować firmę i jednocześnie uczyć się od ludzi, którzy są starsi, bardziej doświadczeni albo po prostu inni. To wymaga pokory. Ale właśnie pokora często decyduje o tym, czy sukcesja buduje, czy niszczy.

Jak przeprowadzić sukcesję firmy rodzinnej bez konfliktu: konkretne wnioski

Najkrótsza odpowiedź brzmi: nie da się tego zrobić bez pracy nad relacjami. Ale da się to zrobić dobrze. Nie idealnie, nie bez tarć, nie bez emocji. Dobrze, czyli tak, żeby firma przeżyła zmianę, a rodzina nie rozpadła się przy pierwszym mocniejszym zderzeniu.

Z rozmowy z Mileną płyną trzy bardzo praktyczne wnioski. Po pierwsze: sukcesję trzeba zacząć od szczerej rozmowy o tym, kto naprawdę chce wejść do biznesu i z jaką intencją. Po drugie: trzeba nazwać role, odpowiedzialności i granice decyzyjne, bo bez tego każdy będzie czuł się atakowany. Po trzecie: starsze pokolenie musi umieć odpuścić kontrolę, a młodsze musi umieć nie robić z sukcesji osobistego plebiscytu na rację.

Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz, którą Milena pokazuje bardzo wyraźnie: trzeba nauczyć się pracować na energii, a nie tylko na ambicji. Można być świetnym sukcesorem, ale jeśli wchodzisz w każdy obszar jak w nową bitwę, skończysz z przeciążeniem i frustracją. Sukcesja to maraton, nie sprint. I to jest może najuczciwsza rzecz, jaką można powiedzieć każdemu, kto właśnie stoi przed takim procesem.

Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda to wszystko w prawdziwej rozmowie - z napięciami, emocjami, żartami i bardzo konkretnymi przykładami z rodzinnego biznesu - koniecznie obejrzyj pełny odcinek. Tam jest jeszcze więcej kontekstu, którego nie da się zamknąć w samym artykule.

DSS#27

Jeżeli prowadzisz firmę rodzinną albo dopiero myślisz o sukcesji, ten odcinek warto zobaczyć do końca. Jest tu dużo więcej o emocjach, rolach, zaufaniu i o tym, jak naprawdę wygląda przejmowanie biznesu od środka.

Posłuchaj odcinka DSS#27 na YouTube →